Jeśli nie teraz, to kiedy? Chudnę, bo chcę mieć siłę wychować dzieci. Kto będzie biegał za rowerkiem, jeśli ja nawet po 10-ciu schodkach sapię? Podobno na Polaka najbardziej motywująco wpływa powiedzenie mu, że coś jest niemożliwe. Schudnąć? Niemożliwe?Jestem w 100 procentach Polką!!!
RSS
środa, 20 maja 2015

Skolimowską.
Mieszkałam na tym samym osiedlu, co ona. Mijałyśmy się często, gadałyśmy czasami (była ode mnie młodsza więc pewnie traktowała mnie jak 'starszą panią' :))
Wspaniała, pogodna, zawsze zadowolona z życia dziewczyna (tak samo zresztą jak jej przeuroczy rodzice)
Dlaczego mi się dziś przypomniała?
Bo w nocy obudził mnie silny ból łydki.
Oczywiście w charakterystycznej dla mnie panice zaczęłam sprawdzać objawy zakrzepicy.
Tak, ja wszystko widzę w czarnych barwach.
Może to i źle, ale przynajmniej staram się unikać ryzyka.
Jak to się więc stało, że się tak zapuściłam wagowo, wiedząc, jakie to niesie niebezpieczeństwo?
Nie wiem.
Myślę, że to lenistwo intelektualne i idące za tym rozleniwienie fizyczne.
Ale teraz powoli przychodzi otrzeźwienie.
Oby nie za późno.
Muszę żyć, muszę być zdrowa, aby wychować dzieci.
Na razie na szczęście nic mi nie dolega, ale przy mojej obecnej wadze (107kg; bmi 36, II stopień otyłości klinicznej - masakra) to aż się prosi, żeby się wszystko posypało.
Tak więc ćwiczę.
Przeciwko zakrzepisy, przeciwko miażdżycy, przeciwko udarom, przeciwko kontuzjom stawów i kręgosłupa.
Tak się staram motywować.
I powtarzam sobie w głowie hasło Chodakowskiej:
Twoje ciało może więcej, niż ci podpowiada głowa.
Choć do końca się z nim nie zgadzam, bo myślę, że to jednak głowa nadaje ton i to od sposobu myślenia się wszystko zaczyna.
Ale faktem jest, że ciało zawsze będzie skwierczało: NIE!
I dlatego cieszę się, że wytrwałam już drugi tydzień. Przede mną jeszcze 75 dni tego treningu, a później spróbuję zrobić coś bardziej wysiłkowego (na razie muszę się oszczędzać po cesarce).

Kamilo, szkoda że odszłaś ta wcześnie, ale mam nadzieję, że jest Ci po tamtej stronie dużo, dużo lepiej.

wtorek, 19 maja 2015

To co zrzuciłam w zeszłym tygodniu nadrobiłam w tym.
Ale kiszka.
Niestety, to moje jedzenie po nocach się kłania. Jeśli tego nie zmienię, to nici z mojego ćwiczenia.
Mała wciąż ma katar i co chwiala się budzi, więc nie za bardzo mogę się 'rozćwiczyć'.
W sobotę i wczoraj byłam na basenie, więc darowałam sobie ćwiczenia, ale źle zrobiłam, bo wiem, że to była troche wymówka, chociaż też czasowo się nie wyrobiłam.
W niedzielę jednak nie będę ćwiczyć, bo organizacyjnie jest to prawie niewykonalne.
O, mała już znowu się obudziła.
Cieszę się, że dziś ćwiczyłam, choć niestety nie robiłam to z wielką przyjemnością.
Czasami wieczorem już sobie myślę: o rany! jutro trzeba będzie ćwiczyć.

Ciekawa jestem, czy przyjdzie taki dzień, że powiem sobie: Ale fajnie! Nowy dzień, nowe zgubione kilogramy. Witajcie ćwicznia.
Na razie się na to nie zapowiada :(

16:56, jesli-nie-teraz-to-kiedy
Link Dodaj komentarz »

... jestem i niestety wciąż trwam.
Niestety nie uda mi się raczej schudnąć, jeśli nie zmienę diety.
A to idzie mi koszmarnie, bo mam nawyk ucieczki od obowiązków.
Zawsze najpierw jem.
Przyjdę  pracy - jem.
Mam coś zrobić - jem.
Zaczynam gotować - jem.
Jedzeniem wykręcam się od wszystkiego.

Jedzenie, to mój koszmarny nawyk, bo przecież nie zaspokajanie głodu.

 

---------------
Tyle napisałam w czwartek - Mała ma katar i budzi się dosłownie co chwila.
Ale ćwiczyłam i w czwartek i w piątek! Niestety w czwartek trening był przerwany - na dwa etapy, więc w ogóle nie poczułam efektu (zmęczenia), a w piątek kończyłam dwie ostatnie serie z Małą płaczącą w wózku - kiepski pomysł :(

16:28, jesli-nie-teraz-to-kiedy
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 maja 2015

Nie tylko w czasie rozgrzewki, kiedy Choakowska mówi: "Iiiii jeszszszcze!", albo "Nie poddawaj się!" (jakby widziała przez ekran laptopa, że właśnie opuściłam w niemocy ramionka swe :)))
Opadają mi, bo znów dziś odciągnęłam trening o godzinę i Mała się obudziła! Shame!
Co prawda kopałam w ogródku, a nie siedziałam na sofie,  to już coś!
Ale zanim ją nakarmiłam, zanim ponownie usnęła (a wiem, że potrzebuje co najmniej 2 godziny snu i po godzinie byłaby zwyczajnie jęcząca, a mimo to walczyła!), to ja zdążyłam już się z tej desperacji najeść tak, że ledwo mogłam się ruszać (dwie kanapki i 3 herbatniki z czekoladą - naprawdę mogłam sobie darować szczególnie te herbatniki, szczególnie, że wczoraj wieczorem wchrzaniłam ich chyba ze sześć plus z 10 obsypanych cukrem, tuczących jak cholera jasna żelków).

Grrrr ... moje nawyki żywienowe wymagają porzucenia.
A przyssały się mocniej niż inne.
Nie będę się jednak nadmiernie krytykować, jako że - jak mawiała moja sąsiadka jeszcze w Polsce - zawsze znajdą się tacy, którzy cię w tym wyręczą, nie musisz parać się tym sama.

No i w końcu, bądź co bądź, trenowałam! Już ósmy dzień trenowałam, a to dłużej niż dotychczas mi się udawało z moimi postanowieniami.
Można więc uznać, że mój cel, którym jest porzucanie starych nawyków zaczyna być coraz bardziej realny.
I mam nadzieję, że osiągalny!

Ćwiczenie natomiast idą mi już dużo lepiej. Nie sapię tak tragicznie i nie pocę się jak wieprz, co mam nadzieję jest znakiem, że jednak łapię ciutkę kondycji, a nie że ćwiczę mniej dokładnie, he, he.

Mam taki plan - jak przebrnę przez 90 dni tych ćwiczeń, to kupię sobie jakiś bardziej intensywny trening na wzmocnienie mięśni brzucha i zrzucenie kilogramów w biodrach i udach, albo zacznę 45 minutowy trening z Chodakowską.
Choć przyznam że obejrzałam go pobieżnie na youtube i wiem, że na dzień dzisiejszy to wymiękłabym kondcyjnie już po pięciu minutach.

No, ale po trzech miesiącach ćwiczeń, to ho-ho, jaka to ja nie będę sprawna! :)))
Mam nadzieję ...

wtorek, 12 maja 2015

No właśnie!
2 kilogramy mniej w tydzień, to niby może i nie jest najgorzej, ale ... to pewnie głównie woda.
Mam wciąż potężny problem z jedzeniem i ze zmianą nawyków żywieniowych.

Po prostu wchrzchaniam za dużo i nie wiem jak się z tym rozprawić, bo po pierwsze karmię piersią i wciąż jestem głodna, a po drugie mam rozepchany żołądek, więc jak zjem dwie pajdziochy to nawet nie czuję.
Staram się stosować zasadę 10 minut, ale i tak jestem głodna.

Muszę coś z tym fantem zrobić, ale nie wiem na razie jak.

Dzisiejszy trening przerwany, bo mała się obudziła już po pół godzinie (aczkolwiek sukcesem jest to, że zaczęlam go OD RAZU po jej zaśnięciu - a więc mini-postęp) i nie chiała usnąć przez kolejne półtorej godziny. Dokończyłam trening ale to już nie to samo.
W każdym razie jestem i tak z siebie dumna, że nie uległam emocjom, bo one podpowiadały mi dziś z rana tylko jedno: nie robić nic!

Postaram się ograniczać jedzenie. Ufff, ale będzie ciężko ...

Wymiary:
biust - 119 cm (3 cm mniej, ale tutaj to raczej kwestia ilości mleka, za bardzo nie wierzę w ten spadek)
talia - 101 cm (1 cm mniej - beznadziejnie - wychodzi jedzenie)
brzuch - 110 cm (3 cm mniej, no powiedzmy, że jak by tak było co tydzień, to nie byłoby źle :))
biodra - 118 cm (4 cm mniej)
udo - 74 cm (2 cm WIĘCEJ - koszmar; albo wcześniej źle zmierzyłam, albo jedzonko i podjadanie czekolady się kłania).

Wygląda na to, że muszę się ostrzej wziąć za ograniczanie jedzenia.
Muszę!
Jeśli nie teraz, to kiedy?!

poniedziałek, 11 maja 2015

Uff! Udało mi się dzisiaj zrobić wszystkie serie z ćwiczeniem 42 po 20 razy bez przerwy!
Ciężko było ale się zaparłam (czyli punkt dla mnie w walce z ciałem :))) choć
może nie napinałam mięśni tak mocno jak zawsze. Jutro postaram się jeszcze dłużej trzymać napięty brzuch zanim znowu zrobię wdech.
Kolejny sukces to, że dziś zwlekałam tylko  10 minut i praktycznie zaczęłam ćwiczyć tuż po tym, jak Mała zasnęła.
Po treningu od razu (bez siadania na sofie - mojego głównego narkotyku!)
poszłam pofarbować włosy, potem złożyłam pranie, powiesiłam następne,
wykąpałam się, zjadłam kanapkę (odsunęłam nieco w czasie, bo kusiło
mnie, żeby zjeść przed treningiem - beznadziejnie, wiem, wiem, ale ja
mam niestety szereg beznadziejnych nawyków) i teraz piszę ten wpis na
pamiątkę i dla własnej zachęty.
Może to się wydaje śmieszne, ale ja jestem osobą, która notorycznie odkłada wszystko na później. To jest koszmarny nawyk, którego nienawidzę i na zmianie którego zależy mi bardziej niż na schudnięciu.
Bo wiem, że jak będę robić wszystko, co ma być zrobione bez odkładania i oszukiwania samej siebie (tak to trzeba brutalnie nazwać), to i będę chudsza, bo nie będzie czasu i ochoty na ciągłe podjadanie.
Podjadanie to mój kolejny koszmarny nawyk, a wiąże
się on właśnie z odkładaniem na później, bo mówię sobie: Aaaaaa, zjem
coś (w skrytości myśląc: zyskam kolejne pół godziny, kiedy nie będę
musiała 'tego' zrobić). W rezultacie: wydaję za dużo pieniędzy na
jedzenie (ciastka, czekolada, orzeszki to u nas norma), jestem
koszmarnie gruba i mam ciągłe zaległości ze wszystkim!
To się odbija na domownikach, bo jak trzeba coś znaleźć to nie można, bo bałagan w papierach (aaa poźniej posegreguję), jak dzieci chcą iść na spacer, to
ja zmęczona bo siedziałam w nocy i goniłam z zaległą pracą.
To się musi skończyć!
I mam wielką nadzieję, że te ćwiczenia zmobilizują mnie też to lepszej organizacji czasu.
To moje wielkie, wielkie marzenie.
A jutro się zważę i zmierzę po tygodniu ćwiczeń.
Nie liczę oczywiście na cud, ale jakby coś drgnęlo, to bym miała dodatkową zachętę.
Bo na razie nie zamierzam się poddawać, nawet jak wymiary pozostaną takie same.

A teraz koniec z siedzeniem (czyżby blog był kolejnym pretekstem, he, he?).
I do roboty!

15:14, jesli-nie-teraz-to-kiedy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 maja 2015

Jednak się nie dało.
Niestety w niedzielę raczej dam sobie spokój z ćwiczeniami z przyczyn logistycznych :(

23:27, jesli-nie-teraz-to-kiedy
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 maja 2015

Niestety, ale odwaliłam dzisiejsze ćwiczenia.
Nie dość, że cały czas drżałam, że ktoś wejdzie do sypialni, gdzie o dziwo jakoś się zmieściłam, choć niektóre ćwiczenia musiałam robić z pidkurczonymi
ramionami, to jeszcze ćwiczyłam nie w czasie normalnego snu Małej, ale
jak drzemała po obiedzie.
Ale tak naprawdę to byłam dobita informacją, że mój sąsiad miał wylew i jest poważnie sparaliżowany.
Taki fajny, życzliwy facet! I jeszcze całkiem młody (przed 60-tką). Szczupły, sprawny, wysportowany.
Dosłownie parę dni temu spotkałam go na ulicy, pogadaliśmy sobie wesoło, pogragulował mi córeczki.
Cwiczyłam dziś, myśląc, że o ileż bardziej ja miałabym szansę na wylew, z moimi nadprogramowymi kilogramami.
Przykre, jak życie nas dopada.
sumie powinno mnie to zmobilizować, a tym czasem miałam raczej
depresyjne myśli w stylu: i po co to wszystko? Jeden dzień i cię nie ma.

Ale ... jednak na razie jestem i mam przed sobą cel: wychować dzieci.
I to mi przyświeca w tych ćwiczeniach.
Żebym nie była zastałą, niemrawą, wcześnie postarzałą kobietą, ale abym mogła
jeszcze pobiec za rowerkiem najmłodszej i nauczyć ja pływania.
A i pod parę górek by się wdrapało.
A poza tym mam jeszcze jedn małe 'wagowe' marzenie ale o tym napiszę innym razem.


Nie jestem dziś zbyt z siebie dumna, no ale kolejny dzień zaliczony!

Jeszcze tylko 25 dni do wyrobienia sobie nawyku, he, he :))))

 

22:03, jesli-nie-teraz-to-kiedy
Link Dodaj komentarz »

Yes!
Kolejny dzień, kiedy zrobiłam ćwiczenia, choć przyznaję, że zaczynają mi się już śnić po nocach.
A jeśli nie po nocach, to przynajmniej wciąż o nich myślę. Myślę, jak ja dam radę następnego dnia je zrobić.
To znaczy zaraz po treningu tak nie myślę - wtedy czuję, że mogę wszystko i niemalże czuję jak chudnę, he, he.
Ale wieczorem ...
Wieczory są najgorsze, bo jest ta kusząca sofka i szafka z ciastkami i lodóweczka :)
A następnego dnia nic się nie chce.
Dziś znów zwlekałam z ćwiczeniami. Co prawda tylko dwadzieścia minut odkąd mała zasnęła, ale jednak.
Muszę nauczyć się zabierać do czegoś od razu, a nie odwlekać na max - co jest moim kolejnym koszmarnym nawykiem.
To jest mój kolejny cel: zacząć od razu, skończyć co zaplanowałam, a dopiero potem przyjemności.
Inaczej to wszystko leży, mam milion zaległości i jestem zła na wszystkich wokół że się nie wyrabiam.
Tym bardziej, że trochę i Mała nie będzie tak długo spała. Dziś obudziła się tuż po treningu i myślałam, że nie będę miała czasu się wykąpać, ale na częście jeszcze przysnęła na godzinkę, więc nie tylko wzięłam prysznic, to jeszcze wstawiłam zupę i zmywarkę.
Wow! Ale postęp :)
Ona jest przekochana i dla niech chce mi się to wszystko robić!
Dzisiejszy trening zajął mi 35 mintut. W sumie to nie było nawet tak bardzo ciężko i nawet zrobiłam nieszczęsne ćwiczenie 42 na raz (20 powtórzeń) ale tylko w pierwszej serii.
Potem było już tylko sapańsko i odliczanie.
Bo odliczam.
Szukam różnych metod, żeby odliczać, tak by czas mijał mi szybciej.
Normalnie, od końca, piątkami.
Przy sześciu mówię sobie, że to już 1/3, przy dziewięciu, że połowa, przy piętnastu, że jeszcze tylko 3 i tak jakoś ciągnę.
Jeszcze tylko 2 powtórzenia w tej serii, już połowa treningu (żegnaj poduszko - używam poduszki do ćwiczenia, gdy leże na brzuchu, bo nie mam maty i ucisk na piersi jest zbyt duży i zbyt bolesny, tym bardziej, że wciąż karmię), jeszcze tylko 20 razy będę musiała wypiąć ten gruby tyłek w górę. Uff!
Jestem mistrzem inwencji!
Jestem zaskoczona, że dzisiaj nie byłam aż tak nieziemsko zmęczona.
Czyba nabieram minimalnej kondycji.
Nieeeee, słowo 'kondycja' jest oczywiście jeszcze zupełnie na wyrost, ale czuję, że jestem już troszkę rozruszana.
A to już coś!
Jestem z siebie dumna, choć nie wiem, jak ja wytwam przynajmniej te 30 dni, żeby wejść w jakiś rytm i zabierać się do ćwiczeń bez jęczenia i powtarzania sobie, że nie dam rady.
Czy w ogóle kiedyś będę je robić z przyjemnością?
Choć ... mam w sumie przyjemność, że się zmobilizowałam.
Oby tak dalej, Maggie!

02:10, jesli-nie-teraz-to-kiedy
Link Dodaj komentarz »

Odwlekałam dziś ćwiczenia jak tylko mogłam, tym bardziej że się nawchrzaniałam pół michy sałatki (z makaronem!) wczoraj wieczorem i miałam niezłego kaca moralnego.
Przez dwie godziny, gdy Mała spała, oszukiwałam się, że MUSZĘ jeszcze coś dokończyć.
Nie musiałam.
To moje ciało syczało: Nie ćwicz! Nie ćwicz! Zostań na sofce! Zobacz, jak tu jest przyjemnie!
Ale nie! Ja jestem dzielna.
Zwlokłam dupsko i zaczęłam ćwiczyć.
Wydychałam powietrze głośno, jak pani Chodakowska przykazała.
Za każdym razem głośniej. Rzęziłam niemalże, licząc, że obudzę Mała i będę miała pretekst, żeby dalej nie ćwiczyć.
Nic z tego!
Spała smacznie.
A potem dała mi się jeszcze wykąpać i napisać ten wpis.
Cudne dziecko!
Widać, że chce, by mamusia schudła :)

Móc napisać wpis na blogu, po odświeżającym prysznicu i - co najważniejsze! - po skończonym treningu - BEZCENNE UCZUCIE!

Oby tak dalej, Madzia!

Dziś 35 minut, bo jakoś mi lepiej szło.
Oczywiście ćwiczenie 42 to nadal masakra, ale udało mi się zrobić aż 14 wydechów z napięciami pod rząd, zanim padłam. Ale tylko w pierwszej serii. Potem już tradycyjnie: 10/5/3/2.
Na szczęście trening jest skonstruowany tak, że pierwsza część jest intensywna, a przy drugiej to się cżłowiek niemalże relaksuje.

Podobno potrzeba 30 dni, aby wyrobił się nawyk. Niektórzy mówią o 45.
Boże! Jak ja wytrwam?!
Tym bardziej, że mam dylemat, co zrobić z weekendami, bo nie chcę się na razie przyznać domownikom, że ćwiczę (bo mnie wyśmieją, a w każdym razie nie wesprą pewnie dobrym słowem, co na mnie działa bardzo demotywująco).
Muszę wymyślić, gdzie mam ćwiczyć potajemnie, co nie będzie łatwe, bo co prawda mamy 3 sypialnie, ale bardzo gęsto zastawione i jedyne miejsce, gdzie mogę swobodnie pomachać kończynami, to salon.

Dosłownie w tym momencie Mała się obudziła.
Czyż ona nie jest cudowna?!
CU-DOW-NA!


01:55, jesli-nie-teraz-to-kiedy
Link Dodaj komentarz »

Nie mam czegoś takiego jak mięśnie brzucha. Jak mam unieść miednicę i na wydechu napiąć mięśnie brzucha, to nie wiem jak to zrobić.
Dotykam ręką brzucha, a tam ohydna, rozpaćkana, lejąca się masa tłuszczu.
Koszmar.
Ja chcę mieć mięśnie!
Nie, nie żaden kaloryferek, ale CO-KOL-WIEK!
Przebrnęłam dziś znowu przez zestaw ćwiczeń.
Jestem dzielna. Klepię się po ramieniu. Good girl! Well done!

Mój postęp na dziś:ćwiczenia w drugiej serii robione bez przerwy. Dopiero minutowa po całej serii.
Za to pierwsza seria to masakra. Nie jestem w stanie zrobić nawet dziesięciu ćwiczeń pod rząd, gdy mam się oprzeć na łokciach i stopach i z PROSTYMI plecami trzymać na nich całe ciało (ćwiczenie 42)
Wymiękam. Najpierw robię dziesięć, potem sapańsko i leżenie plackiem na podłodze, potem pięć i przerwa, potem trzy, przerwa dwa.
Beznadziejnie, wiem. Wiem, że powinnam robić razem, ale nie daję na razie rady.
Wiem, że w końcu dojdę do wprawy, ale na razie jestem cienka jak barszcz. I to nie w pasie, bynajmniej :)
Moim pierwszym sukcesem będzie, gdy zrobię to ćwiczenie bez przerwy.
Ciekawe, za ile dni.
Póki co mięknę już przy rozgrzewce.

Ale ... to już drugi dzień, kiedy udało mi się zagonić moje leniwe ciało do czegokolwiek innego niż wpieprzanie ciastek na sofie.
Wow! Cóż za postęp!
Fajne jest jeszcze to, że faktycznie apetyt na ciastka mi maleje, bo jak sobie pomyślę ile wysiłku kosztuje mnie zrzucenie takiego jednego ciasteczka, to się ograniczam.
Tak, na razie tylko ograniczam ...
Nie wszystko na raz!
Na razie zagoniłam zwłoki od ćwiczenia.
Mam przeświadczenie, że kiedyś będę te słowa czytać z dumą, chudsza o parę kilogramów.
Dlatego postanowiłam codziennie po treningu zapisywać swoje efekty - żeby się motywować.
Dziś trening zajął mi aż 50 minut, przez liczne przerwy.
Nie mam zakwasów, więc na pewno się nie przetrenowałam, he, he, ale ciałko przemęczone siedzeniem :)
Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.

Jeśli nie teraz, to kiedy?



01:48, jesli-nie-teraz-to-kiedy
Link Dodaj komentarz »

Klasyka.
Miałam zacząć 1-go maja, a zaczęłam 5-go. Też ładna data :-P
Pierwszego tylko zobaczyłam ćwiczenia, ale było już późno (każdy pretekst jest dobry, żeby nie ćwiczyć, c'nie?).
Drugiego zrobiłam parę ćwiczeń i wymiękłam.
Chyba ta stówa za 3 miesiące ćwiczeń to zbyt tanio, bo łatwo ją marnuję (Wykupiłam pakiet ćwiczeń Chodakowskiej, bo musiałam mieć jakiś pretekst, żeby zacząć a poza tym nie wiedziałam jakie ćwiczenia mogę robić po cesarce, a tam mi je dobrali odpowiednio)
Ale dzisiaj zaczęłam!
Ufff!
Przebrnęłam.
Zajęło mi to aż 45 minut.
Jestem w tragicznej kondycji.
Ale postanowiłam choć raz w życiu się nie poddać (i te cztery dni też nadrobię :))
Zapisuję, żeby się za jakiś czas (mam nadzieję) podbudować.
Waga wyjściowa - 107 kg.
Wymiary:
biust - 122 cm
talia - 106 cm
brzuch - 113 cm
biodra - 122 cm
udo - 72 cm

Zapuszczona kobitka po kolejnej ciąży i wieczornym podjadaniu.
37 kg więcej niż dniu ślubu, a i wtedy do chudzin nie należałam.
Na szczęście w tej ciąży przytyłam tylko 4.5 kg bo się bardzo pilnowałam (czyli jednak mogę!). Po porodzie zrzuciłam 12 kg ale znowu zyskałam 6.
O nie! Szkoda mojego wysiłku.
Zamierzam z powrotem pozbyć się tych 6ciu i paru innych.
Czy dobrnę do 70-tki?
Na razie o tym nawet nie marzę.
90 kg to mój szczyt marzeń na najbliższy rok.
Dobra, to tyle na dobry początek.
Szkoda czasu na siedzenie na sofie :)

01:21, jesli-nie-teraz-to-kiedy
Link Dodaj komentarz »